znowu niepewność zimna, jak igła... wetknięta gdzieś w sam brzucha środek... i ta bezsilność ogłuszająca... i myśl natrętna, zniewalająca jak opium... bezsenność w środku nocy, wśród spadających gwiazd...



i znowu ten stan

gdy siedzę półprzytomnie kreśląc litery...
sylaby, słowa i wersy,...
listu do wymyślonych przyjaciół...
bez adresu...

i znowu ten stan

gdzieś pomiędzy jawą a snem...
bytem a niebytem...
pomiędzy wdechem i bezdechem...
życiem a śmiercią...

i znowu ten stan

jak oczekiwanie na spadające gwiazdy...
na chwile gdy marzenia realne się staja...
gdy czas zatacza swą pętlę...
wokół mojej szyi...

i znowu ten stan

niespełnienie i niepokój...
i bieg wciąż naprzód...
bez wytchnienia, bez szans na finał...
gdy czekam na ciszę, na spokój...

niech będzie
niech już się stanie !!!


jestem dziwnym posmakiem
gdzieś w zakamarkach
twych receptorów smaku
dźwiękiem obcym
dla twego ucha
neuronem myśli
w mózgu komórkach

ukrywam sie przed światem
w ciemności
pod twą powieką
żywię się twym oddechem
gdy śpisz w Morfeusza objęciach
mieszkam w twoich snach
których wstydzisz się za dnia

jestem echem obcych głosów
w twoich uszach
pełno mych odcisków palców
na twoim ciele
jestem kroplą potu
skraplam się na twojej szyi
gdy wijesz się z rozkoszy


   sączę swój jad
   w twoją jaźń
   niepokój tłoczę w żyły
   jak transfuzję obcej krwi
   by w tętnicach pętli
   odnaleźć drogę
   do twego serca...

kreślę litery, sylaby i słowa...
pompuję w nie treści niesłychane...
nadymam jak odpustowy balon...
zdania i wersy niedokończone...
żongluję, kuglarzę nastrojem...
buduję i niszczę uczucia...
dla zabawy, dla draki...

wymyślam nowe barwy...
tęcze na potrzeby chwili...
kreślę okręgi i plamy...
mieszaniną farb rozlanych...
jak łzy co przepełniają czarę...
maluję pejzaże i twarze...
wskrzeszam martwe miraże...

buduję zamki z ziaren piasku...
jak z ziaren marzeń całe...
wskrzeszam miasta umarłych druidów...
których świątynie przeżyły swe bóstwa...
rozciągam mosty pomiędzy światami...
i palę je zaciągając się dymem...
gdy staję już po drugiej stronie...


to tylko słowa ............ tylko słowa?




...myśl zbyt niepokorna, natrętna,
nieuchwytna tak, o Tobie...

...nie pozwala oddychać, dawnym,
znajomym powietrzem...

...spacer do nikąd, bez kierunku,
i szans na powrót...

...oczy tak bardzo szeroko zamknięte,
usta przymarzają do ust...

...dłoń wpleciona w dłoń,
ucieczka przed rzeczywistością...

...w pogoni za porankiem zgubione,
najpiękniejsze chwile nocy...

...a nazajutrz chwilowy brak treści,
wartej by wypełnić nią dzień...

...nie chcę pamiętać, tego co było,
i nie chce już wiedzieć co będzie...

...zostawić za sobą, daleko tak bardzo,
wszystkie niechciane wspomnienia...

...zatopić się w oczach,
lśniących, jak szafir tajemnie...

...wtulony w Twe ciało zasypiać,
i nigdy nie budzić się więcej...

...zastąpić brak treści miłością tak wielką,
jak nikt jeszcze nigdy nie kochał...

neurotyczny trans...
w oczach wiruje świat...
w żyłach gotuje się krew...
zegar cofa czas...


...ból


echo Twoich słów...
myśl raniąca mózg...
w nocy słońca blask...
sen gdy pora wstać...

...ból


opium, głuchy krzyk...
ręce głodne rąk...
w sercu pęka lód...
w płucach brak już tchu...


...ból


na dwa głosy wiersz...
ciało przeszywa dreszcz...
głowa bije w mur...
martwy anioł spadł...


...ból


nad przepaścią taniec...
oczy wypala łza...
słodycz Twoich ust...
krew z moich warg...

...ból

pogoń resztką sił...
smak skradzionych chwil...
pustka czterech ścian...
treści chwilowy brak...


...ból!!! ...czuję ból  ...tylko ból


cisza wetknięta miedzy serca stukiem a pukiem...
jak pauza miedzy słowami...
jak ciemność pod powiekami gdy mrugam...
cisza jak odpowiedź na niezadane pytanie...

cisza rozpięta pomiędzy neuronami mych mysli...
jak wrodzone kalectwo...
jak bezdech pomiędzy wdechem i wydechem...
cisza jak zapowiedź krzyku...

cisza oddzielająca jęk rozkoszy od bólu...
jak wyrok za niepopełnione grzechy...
jak oczekiwanie kaźni...
cisza jak narzędzie tortur...

cisza jak refren
miedzy zwrotkami mojego życia
jak oczekiwanie na treść
którą warto wypełnić kolejmy dzień

cisza gęstniejąca jak chmury nad duszą...
jak tęsknota za śmiercią...
jak ucieczka od rzeczywistości
cisza poprzedzająca burzę...


widziałem...

Twój cień...

był zmęczony dniem...
chciał by wziąć go na ręce...

sił mu było brak...

widziałem...

swój cień...

chodził za mną niestrudzenie...
śledząc każdy mój krok...

miał więcej sił niż ja...

widziałem...

Nasz cień...

splatał się w jeden kształt...
w blasku ulicznej latarni...

...mój cień nie chciał odejść, by Twój cień nie upadł...


Nie chce mi się...
Myśleć o Tobie w bezsenne noce...

Nie chce mi się...
Wypatrywać Ciebie w tłumie twarzy...

Nie chce mi się...
Pamiętać te dni i lata razem...

Nie chce mi się...
Tęsknić tak bardzo niesłychanie...

Nie chce mi się...
Otwierać zatrzaśniętych bram...

Nie chce mi się...
Zaciągać się Twoim powietrzem...

Nie chce mi się...
Kochać Ciebie tak gorąco...

Nie chce mi się...
Lecz nic  na to nie poradzę...

...Że chcę... wciąż chcę!


szukam...
jak pies węszę...
czasem teren swój zaznaczę...

błądzę...
jak pies się kręcąc...
na oślep, wokół swego ogona...

wracam...
jak pies do kojca...
nad ranem do pustego domu...

warczę...
jak pies w kagańcu...
nienawidząc tej bezradności...

szarpię...
jak pies na łańcuchu...
brak mi sił by zerwać wiążące mnie pęta...

gryzę...
jak pies wściekły...
dłonie co gładzą mnie po karku...

skomlę...
jak pies liżę rany...
samemu sobie na duszy zadane...


uwodzę Cię...
krok po kroku,
słowo po słowie...
uwodzę Cię...
dotyk po dotyku,
oddech po oddechu...
uwodzę Cię...
dzień po dniu,
noc po nocy...
uwodzę Cię...
godzina za godziną,
stukot serca za stukiem serca...
uwodzę Cię...
uśmiech za uśmiechem,
szloch za szlochem...
uwodzę Cie...
westchnienie za westchnieniem...
zapatrzenie za zapatrzeniem...
uwodzę Cię...
sekret za sekret,
kłamstwo za kłamstwo...


chciałabym uciec
gdzieś daleko od ciebie
żeby nie wiedzieć nigdy
że byliśmy My

wolałabym cię nie poznać
zawładnąłeś moim życiem
dusisz mnie swoja miłością
ja przecież nie umiem krzyczeć

niedobrze mi od moich własnych kłamstw
pluje słodką śliną
gdy nie patrzysz

uczę sie już nie płakać
przed snem

związałeś mnie gruba lina
obietnic
nie mogę sie bronić
w usta włożyłeś
to co chcesz słyszeć
nie mam już swoich słów

********************************

chciałbym nie pamiętać
zapomnieć sie w zapomnieniu Ciebie
uwierzyć  przekornie
ze to co było, nie było wcale

wolałbym nie patrzeć
nie widzieć Twej twarzy
co nocy w mych snach
gdy w zimnej pościeli uciekam od dnia

na ustach mam
smak Twych pocałunków
jak piołunu gorycz, słony jak łza

uczę się znów oddychać
samodzielnie

zniewoliłaś mnie swą obecnością
oswoiłaś
na przekór tak
jestem jak dzikie zwierze
zamknięty w klatce
nie swoich myśli, obcych pragnień



jak wiele jeszcze musisz znieść...
by zasnąć móc spokojnie znów...
jak wiele jeszcze gorzkich słów...
odbitych echem o duszy mur...

wystarczy tylko jedna łza co ugasić zdoła palący żar...

jak wiele marzeń rozwieje wiatr...
nim swoja wola zatrzymasz czas...
jak wiele snów prześniłeś znów...
w obawie przed kolejnym dniem...

wystarczy tylko jedna łza co ugasić zdoła palący żar...

jak wiele części twego Ja...
odeszło dawno w zapomnienia cień...
jak długo jeszcze milcząc tak...
czekając jutra bedziesz trwać...

wystarczy tylko jedna łza co ugasić zdoła palący żar...




starczy tylko jedna łza...
jedna łza by odszedł żal...
starczy tylko jedna łza...
jedna łza by odszedł strach...

a i moja Śmierć...

przymykam oczy
by spod przymrużonych powiek
podglądać...
jak czeszesz swe włosy,
zapinasz bluzkę,
wychodzisz...
oddycham po cichu,
byś nie słyszała drżenia oddechu
boję się...
życie odchodzi,
nad ranem jak Ty, jak niespokojny sen,
zostaję sam...

...ja i moja Śmierć


nie odświętnie tak...
na przekór trochę tez...
mówię tak po prostu:
"KOCHAM CIĘ"
i już...
tak zwyczajnie,
w milczeniu...
trochę banalnie,
śmiesznie też
trochę...
całuję tak bez okazji...
w usta tak gorąco,
i w czubek nosa...
by
...zobaczyć znów Twój uśmiech



łyk szampana, zawrót głowy...
zimnych ogni dziwny czar...
z melancholią, nostalgicznie...
wejdź w kolejny mowy rok...
nie żałując dni minionych...
i ubiegłych dawno lat...
usiądź w kącie na fotelu...
wpleć w swe włosy promień słońca...
nie wypowiedz słów głębokich...
milcz, swym głosem nie płosz myśli...
usiądź proszę i zapomnij...
spójrz w odbicie swoje w lustrze...
i z zachwytem, oniemieniem...
spleć swój wzrok ze swoim wzrokiem...
zachwyć się tą krótką chwilą...
gdy ze sobą sam zostałeś...
z roztargnieniem, odruchowo...
szarp swą duszę na cząsteczki...
beznamiętnie, osowiale...
sklejaj w całość skrawki wspomnień...
by po chwili znów zapomnieć...




oddechu!
oddechu pragnę!
płuc pełnią...
i zapachu trawy...
i siana w kopcach...

słońca!
słońca w zenicie!
co opala ciało...
i serce rozgrzewa...

usmiechu!
usmiechu Twego!
pocałunków wisniowego smaku...
i włosów rzuconych na wiatr...

Ciebie!
Ciebie dziś chce!
iskry tajemnej blasku...
w źrenicy oka ukrytej...


najwazniejsze...
to miec czas...
by nie spieszyc sie...
nie poganiac dni...
nie marnować szans...

najwazniejsze móc...
znów zacząć życ...
oddychać, jeść i pić...
nie uciekać wciaż...
i móc przestać snić...

najwazniejsze umieć...
nie pukać do zamknietych bram...
nie szukac nowych barw...
rozumieć to co jest...
oszukac siebie sam...

najwazniejsze to byc...
obecnoscia sycić sie...
w obecnosci tej...
umieć zatracić sie...
i bedac znikac też...

najwazniejsze by...
nie żałować dnia...
i nie chcieć dotknać dna...
spokojnie odejść stąd...
i mieć dokąd iść...


najwazniejsze to... poprostu to... co teraz dzieje sie...

zabiorę Cię w mój sen...
jak ocean ciepły i spokojny...
utulę w pościeli miękką mgłę...
szepnę do ucha cichutko że kocham...

zabiorę Cię w mój sen...
o ogrodach pachnących kwieciem...
gdzie wśród traw zielonych...
pieścił będę namiętnie Twe ciało...

zabiorę Cię w mój sen...
gdzie nikt obcy nie ma wstępu...
tam wśród blasku księżyca...
co noc kwitnie kwiat paproci...

zabiorę Cię w mój sen...
gdzie zamieszkamy razem...
w beztroskiej bajek krainie...
wśród elfów, rusałek i skrzatów...

zabiorę Cię w mój sen...
i nie pozwolę nigdy już odejść...
a pogodna noc wytchnieniem się stanie...
po dżdżystym, zbyt długim dniu...

zabiorę Cię w mój sen...
na przekór wszystkim i wszystkiemu wbrew...

***


słońce śpi, miasto śni...
magia chwil, słodycz, ból...
księżyc lśni, ubywa dni...

jak dobrze jest...
jak pięknie jest...
poprostu żyć...

patrzeć w lustro sobie w oczy...
i mieć pewność i wiedzieć...
że dni złe nie wrócą, o nie...

jak dobrze jest...
jak pięknie jest...
poprostu żyć...

świt przyniesie nowy dzień...
świt zwiastunem nadziei jest...
że znów wiecej dostanę,niźli przyjąć zdołam...

jak dobrze jest...
jak pięknie jest...
poprostu żyć...

to jest sztuka...
wielka to sztuka...
samego siebie tak umieć oszukać...


i nie ma nic...

i tylko cisza...

mrok gęstnieje w mej głowie...
upiorne wyciaga swe ręce...
pochłania mą jażń...
zaciska krtań...

i nie ma nic...
i tylko cisza...

w ogrodzie pawia krzyk...
jak echo minonych dni...
z drzew ostatni opadł liść...
alejki zarasta chwast...

i nie ma nic...
i tylko cisza...

o wierszach nie pamieta nikt..
bez Psyche Eros zmarł...
ostatni przebrzmiał takt...
melodii dwojga serc...

i nie ma nic...
i tylko cisza...

ślady stóp juz zatarł czas...
słonce straciło blask...
słowa straciły sens...
pozostał tylko żal...

i nie ma nic...
i tylko cisza...


Dla Ciebie...
             
Nocą ze snu się zbudziłem
By myślom pozwolić usiąść obok Ciebie...

Dla Ciebie ...

Pociąg dogoniłem...
Ten do pieszczot Twoich...

Dla Ciebie...

Usta w pocałunek zakląłem...
Głodne zmysły nakarmiłem...

Dla Ciebie...

Gwiazdy namiętnością natchnąłem...
By trwała nim świt samotnie wstanie...

Dla Ciebie...

Blask księżyca wyczarowałem...
Oddech i dotyk tak bliski...

Dla Ciebie...

Wszechświat w dłoni zamknąłem...
By być na rzęs odległość...

Dla Ciebie...

Czas zatrzymałem...
By choć na chwilę posiąść Cię na zawsze...



właściwie to nic się nie stało...
jak co dzień, stare strome schody,
brudna klatka, drzwi,
klucz w zamku, zgrzyt,

właściwie to nic się nie stało...
mroczna sień, mokry płaszcz,
półmrok kuchni, zlew,
na stole kubek, wczorajszy chleb,

właściwie to nic się nie stało...
telewizor, kanapa, kurz,
ciemno, zimno, strach,
pies tez odszedł, dawno już,

właściwie to nic się nie stało...
puste łóżko, kołdra, koc,
w kącie pająk ma swój dom,
okno, brzęk szkła,

właściwie to nic się nie stało...
szum powietrza w uszach,
krótki słońca blask,
czyjś krzyk, może twój,

właściwie to nic się nie stało...
...tylko płyty chodnika były coraz bliżej



Nie wypada zbyt głośno mi się śmiać
Patrzą źle gdy do siebie gadam i
Dają mi tak niewiele szans

Nie wypada mi mówić co niesie myśl
I tak dość już dziwne życie jest i
Oni wiedzą lepiej co dobre a co złe

Nie wypada już w bajki wierzyć wciąż
Przecież to śmieszy tylko ich i
Nikt sie nie przyzna do bajek swych

Nie wypada wciąż dużym chłopcem być
Krawat na szyję zaciągam więc
Jak szubienicy pętlę




opowiem ci bajkę...
która nie mogła się zdarzyć...
jak sen, co nie miał prawa się ziścić...
opowiem ci bajkę...
o miłości bez granic i cienia nadziei...
bez tchu, bez opamietania...
opowiem ci bajkę...
tak piekną że aż ogarnia strach...
przed stratą, przed cierpieniem...
opowiem ci bajkę...
choć trudno uwierzyć w to...
trudno wybaczyć, zrozumieć...
opowiem ci bajkę...


nie musisz w nią wierzyć...
nie musisz wybaczać...
nie musisz rozumieć...

lecz nie zaprzeczaj temu,
w co trudno Ci uwierzyć...
nie przecz temu,
czego nie rozumiesz...

i wybacz jeżeli potrafisz...
może pigułkę jedną wziąć...
podobno cuda czyni to...
może pigułkę jedną wziąć...
podobno zmienia parszywy los...
może pigułkę jedna wziąć...
odcienie wróci barwom tęcz...
może pigułkę jedna wziąć...
polubić znów dzień, zapomnieć noc...
może pigułkę jedną wziąć...
zacząć znów myśleć jak świat chce...
może pigułkę jedną wziąć...
zdławić wrażliwość na światło i cień...
może pigułkę jedna wziąć...
by beznamiętnie przełknąć gorycz dnia...
może pigułkę jedną wziąć...
zakochać się w sobie od początku tak...
może pigułkę jedną wziąć...
i przestać w bajki wierzyć wciąż...

...

może garść połknąć przyszedł czas...
by wyśnił do końca się ten sen...

Więc trwam w ucieczce,
świadoma jej końca.

Tak mi dobrze...

Tylko kiedy noc przychodzi
i myśli oszalałe kłębią się w głowie,

zastanawiam się...

jakby to było być z Tobą
...na zawsze.

... ciekawość tą lubię ...

****************************

Więc czekam z niepokojem,
świadom swej bezsilności.

Tak bardzo sie boję...

I gdy świt zwiastuje nadejście nowego dnia,
który Naszym może sie stać,

zastanawiam się...

Jak to będzie, gdy kiedyś odejdziesz
...na zawsze.

...ten niepokój zabija...


mój tata to kochany jest...
nauczył mnie...
nauczył mnie że gdy na mnie plują...
i gdy płakać mi się chce...
to tak naprawdę to tylko deszcz...
spływa mi po twarzy...

i tylko już nie wierzę mu...
i nienawidzę czasem też...

moja mama aniołem jest...
podobno mocno kocha mnie...
tak mocno że udusić chce...
i za mnie przeżyć życie me...
na wszystko dobrą radę ma...
i lepiej wie co dobre jest...

moja mama aniołem jest...
i tylko już nie ufam jej...

w naszym przedszkolu fajnie jest...
mamy  zabawki i bajek  stos...
mówimy setki bzdur i śmiejemy się...
i nie musimy wcale dorośli być...
nikt nie osądza tutaj Nas...
w naszym przedszkolu fajnie jest...

i tylko czasem trochę żal...
że już domu wracać czas...

w przedszkolu pani miła jest...
mówi ze dobrze dużym być...
i opowiada nam bajki...

w które już nie wierzy nikt...
i tylko czasem tak dziwnie jest...

gdy płacze...
bo przecież dobrze jest dużym być...




wizja... lokalna...



...krzyk, nienawiść, smród, przemoc, ślina, krew, kłamstwo, ból, zwątpienie, zagubienie, wstręt, obrzydzenie...

...rozkładające się ścierwo miłości...

...fetor rynsztoka...

spadam... spadam...
z zamkniętymi szeroko oczami...
spadam... spadam...
szeroko rozposcieram skrzydła jak anioł apokalipsy...
spadam... spadam...
oczekując z niepokojem końca tej podniebnej podróży...
spadam... spadam...
łaknąc w niskończoność tych chwil...
spadam... spadam...
niepomny bliskości dna przepaści...
spadam... spada...
z niecierpliwością oczekując katastrofy...

...jak końca początku...

***


oczy przesłaniam opaską z jedwabiu...

jak kirem co zasłania mą twarz...

by nikt nie dostrzegł mych myśli...

bym ukryć mógł swój strach...

całuję usta gorąco, namiętnie tak...

tak jakby jutro miał skończyc się świat...

z opaską na oczach zatapiam się w mrok...

by nie widzieć wzroku patrzącego z nadzieją...

w tę samą stronę co ja...


Twa dłoń zaciska mi krtań...
tamuje oddech, dławi krzyk...
moja krew gęstnieje...
brak mi powietrza...

raniące myśli rozsadzają mózg...
namiętność, niepokój i strach...
serce pęknięte na pół...
dwie części tego samego uczucia...

oczy zasnuwa szkarłatna mgła...
ledwie dostrzegam Twój cień...
smak wczorajszych pocałunków...
przepędza mój sen...

życie w ekstazie, wszystkiemu wbrew...
gonitwa za jutrem, do utraty tchu...
a nad ranem brak treści...
wartej by wypełnić nią kolejny dzień...

jak co dzień rano...
otwieram oczy na oścież...
zmywam z twarzy resztki nierealnych snów...
gaszę pragnienia czarną goryczą z samotnej filiżanki...

jak co dzień rano...
czeszę myśli nieukładne...
zaciągam szczelnie kotary wspomnień...
zapinam na ostatni guzik skórę wokół swojej duszy...

jak co dzień rano...
zaczynam życie od nowa...
smakuję chwile przeżyte wczoraj...
czekam z niecierpliwością na to co przyniesie dzień...

jak co dzień rano...
odczuwam nowy niedosyt...
brak zapachu, dotyku, smaku...
brak Ciebie w tym kolejnym dniu reszty mojego życia...
nienawidzę Cię...

tych wieczorów pustych...
tych nocy tak zimnych...
tych kolejnych dni bez treści...

nienawidzę Cię...

tej tęsknoty surrealnej...
tej samotności sam na sam z sobą...
tej niepewności...

nienawidzę Cię...

tego strachu przed porankiem...
tego braku tchu...
tego upojenia Tobą...

nienawidzę Cię...

za szum w mej głowie...
za dudnienie mej krwi...
za bajkę, która dobrze nie kończy się...

nienawidzę Cię...

bo tak bardzo źle z tym żyć...
bo tak bardzo myśl ta rani mózg...
ba tak bardzo nie chcę już chcieć...

nienawidzę Cię...

................kocham Cię!



ja nie ustal tam staboju...
...zbudil se jutros samoju
samoju, smoju paranoju...

...............a mozda Ty zostat zemlju, uz moju paranoju??




tak...
tak...
tak...
jutra nie ma!!!

dziś szaleć chcę do utraty tchu...
zagłuszyć głos który we mnie łka...
w pogańskim rytmie przetańczyć noc...

tak...
tak...
tak...
jutra nie ma!!!

zapomnieć chcę dziś rysy twarzy swej...
zapomnieć chcę o pragnieniach swych...
w spazmach piekielnych zapomnieć się...

tak...
tak...
tak...
jutra nie ma!!!

nie chce dziś widzieć niczyich spojrzeń...
nie chcę dziś znać żadnych imion...
rozkosz smakować chcę bezimienną...

tak...
tak...
tak...
jutra nie ma!!!

oczy zasnuwa szkarłatna mgła...
w uszach dudnienie strumienia krwi...
zwierzęcy instynkt rozsadza mózg...

tak...
tak...
tak...
jutra nie ma!!!

hedonizm mój religią jest...
kultem bogini żądzy i zła...
szatan anioła przybrał twarz...

a jutro?

nie...
nie...
nie!!!
jutra nie ma!!! 

przywykłem już do siebie...
do swego spojrzenia...
ust zaciśniętych...

przywykłem już...
do braku i pustki wokoło...
pragnienia wciąż więcej i więcej...

przywykłem już...
do chwil podkradanych życiu...
wieczności oczekiwania...

przywykłem już...
nie mówić dzień dobry...
ani dowidzenia...

przywykłem już...
nie prosić...
nie przepraszać...

przywykłem już...
nie myśleć...
nie kochać...

przywykłem już...
brać pełnymi garściami bez pytania...
odchodzić nie dziękując za nic... 



klatka...
zaciska swe pręty...
dławi okrzyk, tamuje łzy...

klatka...
nie pozwala oddychać...
dawnym, znajomym powietrzem...

klatka...
zmienia byt w niebyt...
życie w nieżycie...

klatka...
otacza kordonem nieswoich myśli...
osacza duszę kagańcem moralnych prawd...

klatka...
nie pozwól jej...
zamknąć Cię w sobie...





witaj...
nadziejo na nowy dzień...
blasku słońca zza firanki...

witaj...
uśmiechu nieśmiały przez łzy...
blasku tajemny w źrenicy oka ukryty...

witaj...
słowo niewymówione...
wyrazie nie wyrażony...

witaj...
samotności w tłumie...
bycie w niebycie...

witaj...
nie odchodź, bo niby dokąd masz iść?
zostań na chwilę, na wieczność...


...lecz gdy odejdziesz znów; zabierz mnie z sobą...
...nie chcę tak ciągle czekać i czekać...
...już więcej nie chcę chcieć wciąż więcej i więcej...






tracą wyrazistość kolory...

wspólne cienie rzucane przez kochanków...

przybierają potworne kształty...

usychają drzewa...

nieśmiertelne- pozornie...

nadrzędne idee...

stają się wyśmiania godne...

nowe światy zastępują stary ład...


a jedyne co pozostaje z utraconego raju...
to gwiazdy, kwiaty i oczy dziecka...
...Że chcę... wciąż chcę!



sam...
gdzieś ulatują myśli...
serce bije wciąż uparcie...
wzrok otępiały...
bezwład i brak treści...
trzeba wstać...
zrobić wdech, potem wydech...
i tak w kółko...
po co? powiedz! może wiesz?


po to by...
myśli mniej ulotne się stały...
by serce wciąż biło uparcie...
niewiadome co jutro przyniesie...
w oczach mniej otępienia...
a więcej nadziei na ´dziś´...
wdech i wydech...
by żyć...
przeżyć to co jeszcze nie znane...


więc spróbuję od nowa...
nauczyć się oddychać...
samodzielnie...
wdech i wydech- cyklicznie...
to tak prosta sprawa...
wdech i wydech, spróbuję...
choć nie pamiętam...
jak oddychało się samodzielnie...



Pąki kwiatów na jabłoniach...

wystrzeliły jak gejzer...

w Naszym ogrodzie...

Ku słońcu wzlatując...

jak co dzień...

rozpostarły swe skrzydła ptaki...

i setki Ikarów...

Nad widnokręgiem zawisły...

zawistne o pogodę chmury...

a z przestrzeni miedzy martwymi planetami...

docierał wciąż monotonny świst...

jak anielski szept...

"anielski czyli nie-ludzki"...

Tak zaczął się dzień...

...09.04.2005...

szereg cyfr bez większego znaczenia...

Kolejny darowany Nam dzień...

dzień wpisany w życiorys...

Może uda się przeżyć go...

bez przerwy...

i zapamiętać jego datę...

...do śmierci...


siedzę sobie w bezruchu...

może podrapię się po uchu...

może zagwizdam melodie śmieszną...

może napiszę poezję pikną...

może pojadę do Alabamy...

może z prześcieradła spiorę plamy...

może zjem sobie kolację...

może odprawię pijacką libację...

może przeczytam dziecku bajkę...

może zapalę fajkę...

może pójdę spać...

może zacznę dragi brać...

może najaram sie trawy...

może zaparzę z cynamonem kawy...

może umyję lodówkę...

może zjem słodką krówkę...

a może po prostu posiedzę sobie...

...i wcale nic nie zrobię...



żadnego snu w tą noc nie wyśniłem...

i grzechu żadnego nie popełniłem...

tuliłem tylko twarz do Twego policzka...

kołdrą zakrywałem Twe nagie plecy...

słuchałem jak oczarowany Twego oddechu...

szeptałem cichutko do ucha że kocham...

smakowałem skrycie Twój sen niespokojny...

przeklinam poranek, który zabił tą ciszę...


...czy naprawdę tą noc przeżyłem?

...czy wszystko to tylko wymyśliłem?



resetuję się...
jak co noc...
gdy nie ma Cię...
formatuje swój mózg...
zapadam w mrok...
błagam o sen...

CTRL+ALT+DEL

alkohol nie goi już ran...
nie mogę uciec już...
im nie mam już gdzie...
rock zagłusza mnie...
na chwilę choć...

CTRL+ALT+DEL

uciekać nie chcę już...
od tego, czego tak bardzo chcę...
od Ciebie i siebie tez...
od magii niepojętej tak...
jak niespokojny sen...

CTRL+ALT+DEL

łąka pełna mleczy...
tak nie w porę- wiem...
blask słońca gdy świat śpi....
zapach trawy...
jak zapowiedź lepszych dni...

CTRL+ALT+DEL

jak zagłuszyć żal...
jak bieguny za sobą spiąć...
by nie odczuwać bólu...
by zapomnieć już...
odejść i nie wracać już...

CTRL+ALT+DEL

pragnę bardzo tak...
uciec daleko tak od siebie...
ta noc...
niczego i nikogo tak bardzo nie pragnę...
jak Ciebie...

..............CTRL+ALT+DEL

..............WSZYSTKIE DANE ZOSTAŁY UTRACONE


tylko jedna łza za Tobą...
choć to całe morze jest...
tylko jedna łza po policzku spływa...

tylko jedna myśl o tobie...
choć jak błyskawica...
jedna myśl rozsadza mózg na strzępy...

tylko jeden gest...
wykonany nie w porę...
tylko jeden gest jak pocałunek anioła śmierci...

tylko jedno słowo...
nie wypowiedziane w porę...
jedno słowo co wskrzesza z martwych...




obudzić się rano... 
niezbyt wcześnie ... 
i za późno też... 
gdy za oknem kolejny dzień... 

jak pięknie jest... 

spojrzeć sobie w oczy... 
odbite w lustrze... 
i nie dostrzec żalu... 
i nie chcieć więcej nic... 

jak pięknie jest... 

zaciągnąć się głęboko... 
zapachem swojego domu... 
słuchać z zapartym tchem... 
śmiechu dzieci... 

jak pięknie jest... 

usiąść rankiem przy stole... 
wypić kawę z jednej filiżanki... 
prowadząc rozmowę bez słów... 
bez zbędnych raniących słów... 

jak pięknie jest... 

karmić wspólnie kaczki... 
bułką dzieloną na trzy... 
nie szukać nowych dróg... 
dziękując że zbyt wiele mam... 

jak pięknie jest... 

budować miasta z klocków... 
opowiadać setki bzdur... 
grać na pianinie... 
chociaż talentu brak... 

jak pięknie jest... 

całować namiętnie w usta... 
i pieścić mocno tak... 
zakochać się od początku... 
do utraty tchu... 

jak pięknie jest... 


...nie umierać dzisiaj... 

 
zekając na jutro



być może jutro zabiorę Cię na spacer...

wiosennymi alejami mojego ogrodu...

wyczytam z Twych oczu każdy sekret...

by mieć pewność, by wiedzieć...

wezmę Cię za rękę jak małą dziewczynkę...

zaprowadzę do miejsc tajemniczych...

tam gdzie zamieszkują moje marzenia...

być może zrobię to wszystko jutro...

jeżeli dane Nam będzie jeszcze jedno jutro...


nie ma szans na z grobu wstanie...
nie ma nadziei na inny świat...
w pustym pokoju wśród białych ścian...
maluję kręgi krwią z Jego ran...

...żal...

kropla goryczy przepełnia czarę...
ziarno nadziei nie przeważa szal...
wokoło płomień, palący żar...
palą sie stosy moralnych prawd...

...żal...

obmyte dłonie i wyrok ten...
śmierć bezsensowna za grzechy me...
serce przebite ostrzem słów...
ciemność zapada nad światem znów...

...żal...

zamykam oczy by odejść w dal...
być jak najdalej, pozostać Tam...
zamykam za sobą setkę bram...
by nie zadawać już więcej ran...

...i tylko ten żal...


a
upiłem się dziś wieczór,
resztką wina z Twojego kieliszka...

jedną kroplą zaledwie,
czerwoną jak krew z przegryzionych w rozpaczy warg...

usiadłem skulony w kącie pokoju,
ciemnym zakamarku swej chorej wyobraźni...

bezmyślnie patrząc w ścianę,
nie chcąc pamiętać ani odczuwać otaczających mnie barw...

wreszcie umknąłem od świadomości znaczeń słów
i trwam tak zawieszony w niebycie, zatracony w labiryncie rozkołatanych myśli...


...i trwam tak do chwili gdy przyjdziesz i znów wezmę w swoją, Twoją dłoń...





przyszła dziś do mnie nieproszona...



gdy mgły wisiały rankiem,
nad moim ciasnym światem...

odurzyła mnie swym zapachem,
otuliła w swój oddech ciepły...

zanuciła do ucha szeptem,
swoją namiętna melodię...

rozpaliła ponownie ogień,
w zziębniętym sercu...

znów wstała tęcza,
pełna pięknych, nowych barw...

przyszła dziś do mnie,
o wschodzie słońca nieproszona...

niosąc ze sobą cień nadziei,
jak zapowiedź gorących dni...

przyniosła pąki krokusów,
i zalążki liści na drzewach...



.............w Naszym ogrodzie... 


jeden wspólny kieliszek,
schowany gdzieś na dnie kredensu...

być może pamięta jeszcze te chwile,
które odeszły tak bez powodu...

ten Nasz wspólny kieliszek,
z rysą na cienkim szkle...

w wyobraźni widzę znów
Twe usta obejmujące jego brzeg...

pamiętam ostatnią kroplę wina
która zaschnąła na jego dnie...

jak zakrzepła kropla krwi
mojej, Twojej, Naszej...







odeszłaś, nie zamknąwszy nawet za sobą drzwi do Naszego świata...

wyszłaś z mego życia, jak na spacer wieczorem, wczesną wiosną...

nie spojrzałaś za siebie, nie powiedziałaś żegnaj ani do widzenia...

zabrałaś ze sobą starą walizkę naszych wspólnych marzeń...

poszłaś w przeciwnym kierunku byle dalej od mojego wzroku...

jeszcze dostrzegam Twój cień, odcisk twarzy na poduszce...

wyczuwam jeszcze Twój zapach w moich czterech ścianach...

teraz chcę zamknąć się w sobie na klucz, byś nie mogła już wrócić...







rzygam życiem...

zwracam te wszystkie dni...

wypluwam z siebie...

te myśli piękne i złe...

wywalam do kibla...

wszystkie swe wnętrzności...

nie spłukuję wody...

niech śmierdzi...

rzygam życiem...

a co mi tam...



w naiwności swej wierzę wciąż,
że to co widzę iluzją jest,
i tak naprawdę nic się nie zmienia
że zawsze przecież mogę uciec stąd
pozbyć się własnego cienia...

w milczeniu znów, kolejny raz
patrzę w oczy Tobie tak,
przeczuwając ze to ostatni już raz
w dłoniach zamykam cały świat
by nie uciekł więcej Nam...

nocą kiedy miasto już śpi
zataczam kręgi nad życiem swym,
przeglądam zdjęcia z tamtych lat,
walczę ze snami jak z sobą sam
wiedząc ze nie wrócę już nigdy tam...

szukam kwiatu paproci
bez wytchnienia tak
a gdy znajduje na serca dnie
nie mogę go zerwać bo brak mi sił
i już nie wierzę że zawsze tam był...

odchodzę w ciemność
mrok zasłania mi twarz
by nikt nie dostrzegł moich łez,
pytam sam siebie, który to już raz
oddaję znów wszystko i zostaję sam...

padam znów na kolana
klatka zaciska pręty swe
i powracam do świata "tam"
gdzie naprzód wciąż mnie pcha
ten surrealizm dnia...

serce pęknięte na dwie połowy...
dwie części tego samego uczucia...
serce z uporem pompuje mą krew...
wciąż kołata w mej piersi...
serce ten mięsień niepokorny...

nie chcę go!!!


ta zima, ten dziwny, niepokojący czas
ma smak cynamonu...

ten dzień miniony i ten oczekiwany
ma smak cynamonu...

te chwile prześmiane i przepłakane
mają smak cynamonu...

to zdziwienie i oczarowanie
ma smak cynamonu...

te uczucia nieoczekiwane, niechciane
mają smak cynamonu...

te roztargnienie, rozdarcie i zagubienie
ma smak cynamonu...

ta noc zbyt krótka, bezsenna...
ma smak cynamonu...

te zasłuchanie, zapatrzenie, zdumienie
ma smak cynamonu...

ta tęsknota, rozpacz i osamotnienie
ma smak cynamonu...

to poczucie szczęścia nierealne
ma smak cynamonu...



ta kawa ze szczyptą cynamonu
ma smak Twoich ust... 

***


Zamknąć się w sobie, wyrzucić klucz...

Bym nie musiał pamiętać, bym nie musiał czuć...

Schować swe myśli głęboko na dnie...

By nigdy już ku chmurom nie wyrywały się...

Zapomnieć o marzeniach nierealnych tak...

Bym nie musiał być tak jak malowany ptak...

Uciszyć duszy niespokojny krzyk...

By wpasować się w schemat, po waszemu żyć...


wsłuchuję się w twój oddech gdy śpisz wtulona we mnie...

zaciągam się tobą jak papierosem  ulubionej marki...

wędruję dłonią po twych plecach, tak jak lubisz...

napłatam na palec pęki twoich włosów...

przytulam twarz do twego policzka...

chłonę całym sobą tę chwilę wiedząc że już nie wróci...

walczę z ogarniającym mnie snem...

jak z lękiem przed kolejnym dniem...

obejmuję cię ramionami jak cenny skarb...

bojąc sie ze kiedyś cię utracę...

i wiem że szczęście tylko chwilę trwa...




***


upadam na kolana przed posągami Waszych Bogów...

biję czołem w posadzkę Waszych świątyń...

wierzę  wiarą Waszą wiarołomną...

leżę krzyżem przed ołtarzem obłudy i fałszu...

zmawiam pacierz wierutnych kłamstw...

słucham kazań z ambon Waszej moralności...

spowiadam sie z grzechów niedopełnionych...

czekam na pokutę jak na błogą śmierć...


Już wiem gdzie tkwi mój grzech...

Już wiem, od czego uciec chcę...

Już wiem, dlaczego wracam wciąż...

Już wiem, co przepędza mój sen...

Już wiem, czemu do siebie uśmiecham się...

 

Już wiem...

Już wiem..

Już wiem... Kocham Cię!!!

 

Już wiem, po co budzę sie, co dzień...

Już wiem, po co w żyły pompuję krew...

Już wiem, czemu oddychać chcę...

Już wiem, jaki smak ma ból...

Już wiem, jak bardzo nagi jest król...

 

Już wiem...

Już wiem...

Już wiem... Kocham Cię!!!

 

Już wiem, że życie tylko chwile trwa...

Już wiem, miłość (nie) jedno imię ma...

Już wiem, jak gorzka jest twa łza...

Już wiem, jak trudno jest z tym żyć...

Już wiem, co znaczy z losu kpić...

 

Już wiem...

Już wiem...

Już wiem... Kocham Cię!!!

 

Już wiem, bije głową w mur...

Już wiem, nie dotknę nigdy chmur...

Już wiem, jak daleko do gwiazd...

Już wiem, minął już mój czas...

Już wiem, na ucieczkę nie ma szans...

 

Już wiem...

Już wiem...

Już wiem... Kocham Cię!!!

 

Już wiem, zabijam, co dzień się...

Już wiem, do kieszeni chowam Cię...

Już wiem, rozrywam serce swe...

Już wiem, co to namiętność i gniew...

Już wiem, jak smakuje krew...

 

Już wiem...

Już wiem...

Już wiem... Kocham Cię!!!

 

Już wiem, że to obsesja ma...

Już wiem, rosyjska ruletka trwa...

Już wiem, zapomnieć przyjdzie czas...

Już wiem, to neurotyczny trans...

Już wiem, nie było i nie ma Nas...

 

Już wiem...

Już wiem...

Już wiem... i nie chcę zmienić nic...


Twoje piętno


na mej prawej dłoni...

lśniące złotem wysokiej próby...



Twoje piętno


na moim sercu...

krwawiące jak otwarta rana...



Twoje piętno


na mej twarzy...

dławi każdy szczery uśmiech...



Twoje piętno


na mojej duszy...

nie pozwala zapomnieć o Tobie...



Twoje piętno


na mym życiu...

zabija moją miłość do Ciebie...

  

***

lecę w przepaść głową w dół...

w uszach tylko świst minionych dni...

wołam choć nikt nie słyszy moich słów....

łapię oddech zaciągam się powietrzem...



nim roztrzaskam się o dno...

a dziś...

wezmę Cię na spacer uliczkami Paryża...
będziemy szli owinięci Twoim szalikiem...
zatańczymy tango pod Łukiem Triumfalnym...
zapatrzymy się w gwiazdy odbite w czerni Sekwany...
potem kupię Ci obraz u artysty- kloszarda...
byś go mogła powiesić w Waszym przyszłym domu...
a rano gdy słońce już rozświetli bulwary...
zmęczeni usiądziemy w kafejce na Montparnass...
może spotkamy tam spóźnionych kochanków...

spóźnionych jak My...
zamienimy dwa słowa z Mirabell...
może powie Nam jak pięknie jest z tym żyć...




każdy dzień przynosi mi nowe doznania...
nowe odcienie barw, smaki, treści...
każdy dzień jest jedyny w sobie...
niepowtarzalny, nieodgadniony...
każdy dzień jest wyzwaniem...
pasjonującym eksperymentem...

każdy dzień przeżyty od początku do końca...
przybliża mnie do tej chwili...

...gdy wreszcie znajdę spokój... 
podobno...

...wcale nie ma miłości jest tylko potrzeba kochania...

podobno...

...miłość to złudzenie, taki stan wyobraźni...

podobno...

...miłość to tylko obsesja, zbiorowa histeria...

podobno...

...miłość to fikcja literacka jak stałe związki frazeologiczne...

podobno...

***

za oknem pada śnieg...
dzieci zjeżdżają na sankach...
słyszę głośny ich śmiech...

stoję z czołem opartym o szybę...
wsłuchany w szum mojej krwi...
delektując całym sobą tą chwilę...

z głośnika płynie muzyka...
przenika mnie na wskroś...
zakłóca rytm mego oddechu...

telefon atakuje znów informacją...
że ktoś pomyślał o mnie...
że nigdy nie jestem sam...

za zamkniętymi powiekami, jak film...
odtwarzam piękne chwile wczorajszego dnia...
próbując zachować je od zapomnienia...

  
a dziś na ciebie mam chęć...
schować cię do kieszeni chcę...
zamknąć w dłoni jak cenny skarb...
jak diament...
jak okruch szkła...


pieścić...
zacisnąć pięść...
i patrzeć jak...

pojawiają się pierwsze krople krwi...
mojej, twojej, naszej...



...cyk...cyk...cyk...

zegar wciąż zlicza godziny...

te dobre i te złe...

sumuje minuty przeżyte i roztrwonione też...

 

...cyk...cyk...cyk...

 
zegar nieczuły, ślepy automat...

miernik czasu mechaniczny...

przypomina wciąż że wieczność ledwie chwilę trwa...

 

...cyk...cyk...cyk...

 
zegar licznik trwonionych dni...

coraz mniej czasu dla nas ma...

trup kukułki w jego wnętrzu tkwi...

 


...cyk...cyk...cyk...

.Ring wolny...

 


Runda pierwsza...


Już zabrzmiał gong...


Pierwszy cios...


Zabolało trochę...


Sączącą sie krew...


Namiętność i gniew...

 



...Ring wolny...

 



Runda druga...


Lewy sierpowy...


Prosto w twarz...


Usta wykrzywia grymas...


Twarz twoja jak za mgłą...


Życie uchodzi jak dym...

 



...Ring wolny...


 


Runda trzecia...


Cios za cios prosto w serce...


Sędzia pijany na ławce śpi...


Krzyki z widowni...


Brawa i śmiech...


Nokaut jak zbiorowy gwałt...

TOŚ PIŁ Z MEGO KUBECZKA...
KTOŚ ZJADŁ MOJE PIERNICZKI...
KTOŚ......... QRWA CZYTA MOJĄ POCZTĘ!!!


...zazdrość

kreuje obraz Twój...

...zazdrość

wznosimy nowy mur...

...zazdrość

wypełnia każdy dzień...

...zazdrość

czy chcesz tego czy nie...

...zazdrość

oczy zasnuwa mgła...

...zazdrość

pochłania Cię ta gra...

...zazdrość

kontrola konta trwa...

...zazdrość

na drwiny już nie czas...

...zazdrość

wrasta między Nas...

...zazdrość

skutek lecz przyczyny brak...

...zazdrość

zmienić czas ten stan...

...zazdrość

pora wyrównać ten brak...

...zazdrość

skosztujmy innych warg...

...zazdrość

zdrada do niej już tylko krok...


 

ZDRADA !!!

...a miłość niech kilka imion ma...

ZDRADA !!!

...rosyjska ruletka niech trwa...



 
..

 
krew...


ma słodki smak...

krew...


ze zgryzionych w rozgoryczeniu warg...

krew...


ofiara dla martwych bóstw...


krew...


strumyczek z głodnych ust...


krew...


już więcej nie chce słów...



krew...


i na nią już przyszedł czas...

 

krew...

to mój dla ciebie dar...

 

krew...

tyle ci mogę dać...


życie złudzeniem...
zapatrzeniem, zasłuchaniem, zapomnieniem...

życie złudzeniem...
wśród fałszywych fasad nie swoich świątyń...

życie złudzeniem...
piękniejszym niż najpiękniejsze życie...

życie złudzeniem...
ciepła, miłości, namiętności, sexu...

życie złudzeniem...
i kolizja na zakręcie rzeczywistego świata...

życie złudzeniem...
jednym, drugim, trzecim, wciąż od nowa...

życie złudzeniem...
życie złudzeniem- złudzenia...


Pustka...

Brak sił by wstać...

Pustka...

Brak sensu by zrobić wdech...

Pustka...

Brak słów, co leczą lęk...

Pustka...

Brak motywu by żyć...

Pustka...

Brak szansy na świt...

Pustka...

Brak ciebie i siebie mi brak...

Pustka...

Chwilowy treści brak...

  

dotyk...
na raz...
na dwa...
na trzy...

na raz...


zapatrzenie...

na dwa...


roztargnienie...

na trzy


rozgoryczenie...

dotyk...
na raz...
na dwa...
na trzy...

na raz...


zachwycenie...

na dwa..


pożądanie...

na trzy...


zakochanie...

dotyk...
na raz...
na dwa...
na trzy...

na raz...


rozmarzenie...

na dwa..


zaistnienie...

na trzy...


zagubienie...

dotyk...
na raz...
na dwa...
na trzy...

na raz...


budowanie...

na dwa..


niszczenie...

na trzy...


zapomnienie...

dotyk...
na raz...
na dwa...
na trzy...

 




dziś do Ciebie modlić się chcę...
daj mi wytchnienie, spokojny sen...


Azarielu...


uspokój serca niespokojny rytm...
pozwól mi odejść, spraw abym znikł...


Azarielu...


aniele mój...
pokonaj mój gniew, zatamuj ból...


Azarielu...


zabierz mnie stąd...
pozwól mi znaleźć spokojny kąt...

  

Płoną już stosy starych Bóstw...

W kształt pentagramu wpisany krzyż...

Poza granice percepcji krok...

Zaczął sie Merkurego Rok...

 

Oko w piramidzie!

 

Krwią podpisany cyrograf- pakt...

Gdy na ołtarzach ofiara trwa...

Nastał już Nowej Ery wiek...

Nowych idei nadszedł czas...

 

Oko w piramidzie!

 

Nauka i przesąd w parze są...

Ku gwiazdom czas obrócić wzrok...

W swej duszy szukać nowych dróg...

A przyjacielem niech stanie sie wróg...

 

Oko w piramidzie!

 

Już w tajnych lożach zasiąść czas...

Budować własnych marzeń świat...

Wartościom nowy nadać sens...

Wymyślić nowe barwy tęcz...

 

Oko w piramidzie!

sprawdźmy wytrzymałość duszy ma ból...

zobaczmy ile ciało może znieść...

przekonajmy się jak smakuje grzech...

 
...to test


zataczajmy kręgi blisko ognia tak...

podpalmy żywą pochodnię naszej namiętności...

wciągnijmy w płuca swąd palonych mostów...



...to test

 
rozszarpmy jedno serce na części...

rozbijmy w pył podstawy świata...

napiszmy krwią swoją wiersz...



...to test 

zabiorę Cię Tobie...


wezmę w posiadanie usta Twe...


zawładnę Twoim snem...

...na raz
...na dwa
...na jeden gest
...na jedną myśl

zamienię Cię w ogień...


w supernową wszystkich gwiazd...


rozpalę płomień w duszy, w sercu Twym...

...na raz
...na dwa
...na jeden gest
...na jedną myśl

dotykiem głodnych dłoni mych...


wyrzeźbię ciała Twego kształt...


posiądę każdy sekret Twój...

...na raz
...na dwa
...na jeden gest
...na jedną myśl

pocałunkiem gorących warg...


otulę drżące usta Twe...


w pocałunku niewolę wezmę język Twój...

...na raz
...na dwa
...na jeden gest
...na jedną myśl

w namiętności spazmach...


dotknę Twoich ud...


piersi Twe uwiężę w dłoniach mych...

...na raz
...na dwa
...na jeden gest
...na jedną myśl

niech ciała i serca...

jeden ustanowią rytm...

niech chwila trwa wieczność...

...nie nadejdzie już świt...

...niech płonie ogród tysiącem barw...

 

***

dzięki Tobie odkryłem...
kim jestem, kim byłem...
dzięki Tobie odkryłem...
ze żyjąc wcale nie żyłem...
dzięki Tobie odkryłem...
to w co kiedyś wierzyłem...
dzięki Tobie odkryłem...
świat o którym marzyłem...
dzięki Tobie odkryłem...
sny których niedośniłem...

  
w taki dzień jak dziś...
gdy słońce niechciane wdziera sie poprzez gąszcz firanek do mego serca...
rozpiera mnie radość z faktu że żyję...
i bez znaczenia wydają sie chwile mroczne i złe...
łaknę tego ciepła co przepływa przez moje ciało i myśli...
chłonę te chwile gdy jestem częścią tego świata...
by starczyły mi ma długie puste wieczory...

***



odczuwam przerażający żal za grzechy...
których nie miałem śmiałości popełnić...
boje się nawet myli o drogach...
którymi nigdy nie szedłem...
nic nie wiem o bramach...
do których klucze utraciłem...
a tym bardziej o tym co skrywają...
już nie wiem gdzie leży granica...
czy jest jakaś granica...
tracę poczucie siebie, rozeznanie...
w kierunkach świata, porach dnia i roku...
czynach dobrych i parszywych...
nie rozumie już sensu słów...
nie wiem gdzie kończy się...
a gdzie zaczyna miłość...


...i tylko czemu nie mogę już oddychać samodzielnie?

  

***

dziękuję Ci ze jesteś...
ze oddychasz tym samym co ja powietrzem...
dobrze jest wiedzieć ze żyjesz...
gdzieś obok, blisko i daleko tak...
w myślach widzę Twą twarz...
gdy tylko na moment zamknę oczy...
a moje serce dławi strach...
co będzie gdy Ciebie zabraknie...

  

***


wiara...
wiara niewierna...
nadzieja...
nadzieja beznadziejna...
miłość...
miłość niemiłosierna...

***


więc nie żyję...
i dobrze mi tak...

więc nie żyje...
wreszcie nadszedł sen...

więc nie żyję...
zamarza moje serce...

więc nie żyję...
lepsze to niż życie na pozór...

więc nie żyję...
mam nadzieję że to nie minie...

***


był kiedyś czas na zakochanie...
pomimo wszystko i wszystkiemu wbrew...
był czas na pożądanie...
na wspólnie pisany wiersz...
był czas na sianie trawy...
w ogrodzie pośród drzew...
był czas na modlitwy...
do wymyślonych Bóstw...
był czas na cierpienie...
na ból i krzywdę też...
był czas na Nas...
był czas...
był...


zabijasz powoli, beznamiętnie tak...
wbijasz w me ciało ostrze zimne jak lód...
rozcinasz tkanki, wysysasz mój mózg...
by poznać me myśli, ukryte przed światem...
zaciskasz dłonie aż braknie tchu...
bym wreszcie był twój...
w pięści dławisz serce aż przestanie bić...
byś mogła je na własność mieć...
miedzy pamiątkami postawić je...
umieram powoli w milczeniu...
jestem jeszcze, oddycham...
lecz już mnie nie ma, znikam...

...prowadzisz sekcje pośmiertną mego ciała i duszy

...bez szans na reanimację...

 

szukam Ciebie...
idąc samotnie aleją ogrodu...
szukam Ciebie...
wśród próchniejących konarów drzew...
szukam Ciebie...
wśród zgliszcz spalonych mostów...
szukam Ciebie...
tamtej kobiety z moich snów...
szukam Ciebie...
cofając wskazówki zegarów...
szukam Ciebie...
choć jesteś wciąż obok...
szukam Ciebie...
znajdując tylko gorycz...

 

Kocham życie...

Te odcienie barw i szarości...

Kocham życie...

Wielkie smutki i małe radości...

Kocham życie...

Banalne nałogi i złe skłonności...

Kocham życie...


A nocą burza...

Chciała połamać gałęzie naszych drzew...

Wiatr niepokoju zagościł na chwilę w naszym ogrodzie...

A wraz z nowym dniem wstała tęcza bogatsza o nową barwę...

Namiętność nierealna domagająca się głosu...

Dźwięki obce i nowe, pasje niezbadane...

Wiersz na dwa głosy, dzień dobry i dobranoc,

I tango nad przepaścią tańczone...

I obcych ludzi spojrzenia zawistne...

To wszystko przywiał nam nocny wiatr... 

***

nocą wśród drzew naszego ogrodu...
szukałem kwiatu paproci...
choć czas nie najlepszy...
i pora nie ta...
o świcie dotknąłem w myślach Twego ciała...
gdy tak słodko spałaś...
nie chciałem Cie budzić...
chciałem Cie tylko poczuć...
o poranku gdy mgły wisiały nad naszym ogrodem...
stałem zapatrzony we wschodzące słońce...
czułem Twa obecność...
choć nie realna tak...
jak bezsenny sen...
tak nadszedł dzień...
i brak mi sił...
by stawiać kroki...
by zmusić sie do oddechu...
bez Ciebie...


w centralnym miejscu naszego ogrodu...
nieopodal sadzawki, w której kąpiesz swe ciało...
wybuduję świątynię naszego pogańskiego bóstwa...
bram tej świątyni niech strzegą aniołowie z dziecięcych snów...
niech ciszy nie zakłóca tutaj najmniejszy szept...
w miejsce ołtarza postawmy ogromne łoże z baldachimem z gwiazd...

  


wtul sie we mnie chociaż raz...
tak do końca zapomnijmy się...
nawet gdy nie będę chciał...
gdy sto innych będzie spraw...

zanuć dla mnie swą melodię...
napisz ze mną wspólny wiersz...
wtedy gdy odwracam oczy...
gdy uciekam, boję się...

podaj mi swą ciepłą dłoń...
pokaż swych tajemnic świat...
gdy ja będę gdzieś daleko...
jakbym żył lecz umarł już...

zatańcz ze mną nad przepaścią...
przybliż do mej swoją twarz...
gdy zatapiam się w ciemności...
gdy zamykam setkę bram...

niech poczuję twoje rzęsy...
na policzku w środku nocy...
kiedy śpię tak niespokojnie...
i gdy czekam świtu sam...


gdzieś zza rogu życia...
dopadł mnie szept...
cichy i nieśmiały...
jak to zwykle szept...
jedno banalne słowo...
które dawno już straciło sens...
szept...
rozpacz...
ból...
tęsknota...
krzyk...


nie ma słów których nie warto wypowiedzieć
choćby szeptem do samego siebie...
nie ma myśli grzechu niewartych...
nawet tych pozornie o niczym...
nie ma żalu za czyny już popełnione...
lecz za niespełnione...
a jedyne miłości- miłości godne...
to te które krwawią jak rana...


ja lubię tylko...
długo patrzeć w twoje oczy...
lubię tylko gdy mój opuszek palca wskazującego może dotknąć twojej dłoni...
lubię gilgotać cię rzęsami...
lubię szeptać niezrozumiałe słowa...

parskając śmiechem do twojego ucha...
lubię śmiać się z Tobą...
lubię delikatnie smykać Cię po włosach...
lubię niepostrzeżenie zaczepiać cię noga pod stołem...
gdy mówisz i musisz się skupić...
rozpraszać cię myślą i spojrzeniem, gdy nie do mnie musisz mówić...
lubię przykładać dłoń do twojej dłoni...
lubię wsłuchiwać się w nieskończoność gdy mówisz...

lubię patrzyć jak śpisz...
lubię gonić Cię oddechem...
lubię zawsze opowiadać ci przez telefon szeptem jak tęsknie...
lubię gdy się wściekasz...
i lubię, gdy gonisz mnie po śniegu...
i lubię jeszcze patrzeć jak czytasz...
spoglądać znad talerza jak jesz...
aha i lubię jeszcze ciebie...


znalazłem w Twym ogrodzie flakonik pełen pokus i marzeń...
substancji z najgłębszych pokładów mej duszy...

przekonajmy się jaki smak ma diabelski ten napój...

wypijmy razem tajemny eliksir...
niepomni na skutki...
odejdźmy w ciemność...
lub poszybujmy ku słońcu...
cokolwiek to znaczy...
byle razem daleko tak...

twoje zdrowie...

usta mi drżą... czy to śmierć nadchodzi? czy to głód pocałunków?

całuje więc nim ogarnie mnie mrok...


przepraszam że nie pisze...
ale nie żyje...

trwam w letargu zawieszony...
pomiędzy tu i tam...
nadzieją a zwątpieniem...
miłością i cierpieniem
światłem a cieniem...

trwam czekając na ciebie...
pomiędzy niebem a piekłem...

a zmysły me niepokorne błagają o........ OPIUM!

próbujmy z TYM żyć...

smakować tą chwile od początku do końca...
sięgajmy pod własną głębię...
czyniąc to na własna odpowiedzialność...
żyjmy tak jakby nic się nie stało...
lub jakby stało sie tak wiele...
trwajmy w tym oszołomieniu...
na przekór rozsądkowi...

w bycie, w niebycie...
w nieładzie, w niedosycie...
w tajemnicy i skrycie...
...przeżywajmy swe życie...


...cokolwiek to znaczy

masz ciało gładkie i miękkie...
stworzone do dotyku...
twe usta czerwone, gorące...
wodzą mnie na pokuszenie...
w twoich oczach płoną ognie...
mistycznej namiętności...
a twoje niespokojne sny...
drwią z mojej stabilności...

...i nie wiem czy... jesteś aniołem... czy  raczej szatanem...

ledwie smagnąłem twe usta...
tak delikatnie...
tylko myślą niespokojną...
nie chciałem cię budzić...
gdy tak słodko spałaś...
śpij moja kochana...
śnij ten o Nas sen...
to tylko myśl niepokorna...
zwiastun kolejnego pięknego poranka...
kolejnego cudownego dnia...
kolejnego fascynującego wieczoru...
i kolejnej namiętnej nocy...
to tylko ci się śni...
jestem tylko zabłąkanym aniołem...
z Twojego snu...

powstrzymaj mnie proszę...
od utraty barw...
uratuj mnie jeżeli potrafisz...
od natłoku spraw...
ocal tą cząstkę mnie...
nie moją lecz Twą...

idziemy ręka w rękę na spacer przez jesienny ogród...
zostawiając za sobą cały balast codziennych spraw...
mijamy obcych ludzi, ich niespokojne spojrzenia...
gdzieś w zaułku śpi pijak, niech Bóg da mu spokojny sen...
niech śni o dobrych czasach które nie wrócą już...
zapatrzeni w swe oczy prowadźmy rozmowę bez słów...
mówmy o rzeczach pozornie ważnych i o banalnych tak...
usiądźmy gdzieś na stercie czerwonych liści...
oddajmy sie bez reszty zatopieniu w samych siebie...
dotkmijmy swych twarzy by poczuć ich ciepło...
niech świat dokoła przestanie dzis istniec...
niech nie pozostanie nic prócz nas na zawsze...
wymyślmy to uczucie i nadajmy mu własny sens...


w taki wieczór jak dzisiaj...
badam sensorycznie swe Ja...
te realne i to idealne tez...
przywołuję imiona przyjaciół...
z wyblakłych zdjęć...
wspominam dawne idee...
odkurzam ołtarze umarłych Bogów...
dokonuje bilansu i przeliczam straty...
słucham starych płyt...
ubieram znów zniszczoną, czarną kurtkę...
przyjaciółkę z tamtych lat...
wychodzę wieczorem na ulicę...
by patrzeć w okna obcych domów...
by przywrócić na moment tamten czas...
dziś już wiem co mam wiedzieć...
dziś już mam to co mam...
brak mi tylko tych kilku marzeń...
tych marzeń z przed lat...

Lustro odbija moją twarz...
Spoglądam sam sobie w oczy...
Próbując odkryć utajone myśli...
Tam z drugiej strony to podobno ja...
Tak dobrze znane rysy, grymasy...
Uderzam pięścią w połyskliwą taflę...
Ostre jak nóż kawałki szkła zasypują podłogę...
Moja twarz powielona stokrotnie...

Każda ma inne imię...

ta jesień należy do Nas...
ten liść na parapecie...
zapach migdałów i cynamonu...
promień słońca zza zasłony...
dzieci biegające po trawniku...
pocałunki i dotyk zmysłowy...
długa przerwa w szkole...
roztargnienie i brak realizmu...

to wszystko należy do Nas


z zerwanych jabłek w moim ogrodzie upiekłem szarlotkę...
takie zwyczajne słodkie ciasto...
przyprawione miodem i cynamonem...
czekałem ze może pojawisz sie znienacka...
usiądziemy przy stole by...
skosztować


...tego zakazanego owocu...

wiem ze tam jesteś...
odczuwam bardziej niż wiem...
czuję Twą obecność tam po drugiej stronie...
cokolwiek to znaczy...
staram się nie tęsknić...
nie myśleć zbyt często...
żyć jakby nigdy i nic...
udawać że wcale nie kocham...
jakby zawsze tak być miało...
jakbyś była zawsze i jakby nigdy Cię nie było...

ciemne deszczowe chmury...
mokry asfalt i szum silnika...
kręta wstęga szosy...
mijam domy i obcych ludzi...
zakręt...
ściągam nogę z gazu...
zbyt późno...

...cisza

Nie


nie... nie jestem Twój...
nie jestem nawet swój...
jestem obcy bardzo tak...
dla ciebie i dla siebie też...

nie... nie zostanę tu...
nie będę z Tobą żył...
jestem tylko snem...
dotykiem nieistniejących rąk....

nie... nie opuszczę cię...
nie pozwolę Ci odejść tez...
jestem Twoim cieniem...
nigdy nie uwolnisz sie...

czy można zabijać się...
i katować, tak powoli...
szarpiąc jedyne serce na drobne kawałki?
tak skrawek po skrawku...
na własne życzenie?
dobrowolnie i świadomie?

jeżeli tak to ja już nie mam serca...

dobrowolnie i świadomie...

nie napisze dziś nic nowego...
nie napisze żadnej myśli głębokiej...
nie napisze nic śmiesznego...
nie napisze nic smutnego...
nie napisze nic ciekawego...
nie napiszę nic pospolitego...
nie napisze że cię kocham...
nie napisze że nienawidzę...
nie napisze że cierpię...
nie napisze że jestem szczęśliwy...
nie napisze bo... wreszcie UMARŁEM

mój ogród jest zawsze otwarty...
od rana do wieczora...
od "dzień dobry" do "dobranoc"...
wejścia nie broni żaden zakaz...
otwarte są wszystkie bramy...

w innych ogrodach są czasami napisy:
"wstęp wzbroniony",
a jeżeli nawet dozwolony to:
"zabrania sie schodzenia z wyznaczonych ścieżek",
a jeżeli już wolno spacerować to:
"nie deptać trawników",
albo:
"zakaz spożywania alkoholu",
lub:
"nie rozbijać namiotów"
czy:
"otwarte od 8.00 do 18.00",

do mego ogrodu wejść możesz o każdej porze...
możesz robić co zechcesz...
możesz:
tańczyć nago na trawie,
albo:
oddawać się namiętności w cieniu drzew,
lub:
kąpać się w sadzawce,
czy:
malować portrety swej duszy...

tutaj możesz być sobą...
...lub być kimkolwiek zechcesz

Witaj wędrowcu...
zatrzymaj się na chwilę,
gdzieś pomiędzy Marsem a Wenus,
na skraju drogi
wiodącej przez galaktyki...

Twojego życia...

tutaj imiona nie mają znaczenia,
losy człowieka dyktuje wyobraźnia,
a czas jest tylko rzeczą względną...

jesteśmy z innych planet,
czy więcej nas różni czy łączy?

przekonajmy się kim jesteśmy...

naprawdę...

przestrzeń jest złudzeniem!
czas to iluzja!
życie wcale sie nie kończy!
lato nigdy nie przemija!

wystarczy tylko w to uwierzyć...
i nie pozwolić zmienić tego stanu...

...Żadną wspaniałą terapią

przepraszam ze nic nie piszę
... ale nie myślę,
a w bezmyślności swej milczę
... nie pisze i nie oddycham tez,
i słucham z ocienieniem tej ciszy
... mam zimne dłonie,
i stopy, biodra, twarz i serce mam zimne
... wkoło widzę gęstą duszną ciemność,
jak w wnętrzu trumny

i trudno się dziwić bo to mój grób
... przepraszam że nic nie pisze
ale nie żyje, to pewnie minie

jest jesień...
i jest tez blues...
jest wieczór...
i ciemno już...
jest ciepło...
i jest luz...
jest spoko...

jest cool...

a może gdybym skonał...
tak sobie, po cichutku...
może gdybym odszedł...
tam gdzie nie ma dnia...

może byłbym szczęśliwy...
tak bardzo ze hej...
a może jednak bym cierpiał...
bez Ciebie tam...

...i umarł bym z tęsknoty...
...i umarł drugi raz...

usiądź ze mną na dywanie...
wśród porozrzucanych klocków...
patrzmy sobie w oczy...
lub potoczmy się po podłodze...
zróbmy cos niezwykle zwykłego...
śmiejmy się do łez z naszych głupich min...
dokuczajmy sobie dla żartu...
zjedzmy może puchar bitej śmietany...
lub upijmy sie do utraty zmysłów...
zróbmy dziś coś tak niezwykle zwykłego...

Przede mną kartka pusta jeszcze,
W ręku kawałek ołówka,
W głowie kłębią się już myśli,
W oczy mi świeci żarówka...

Zaczynam pisanie o tym, co we mnie,
Co widziałem, przeżyłem.
A może na przekór o tym,
Co sobie wymyśliłem...

W mej głowie pustka,
Uciekły gdzieś myśli głębokie,
Mózg mój sie buntuje,
Przeciw mym zamiarom...

Obłąkane myśli krążą wciąż natrętnie,
Wokół jednego imienia
I jednego wersu:
"...chcę byś jeszcze raz rozebrał mnie myślą"

jestem szczęśliwym człowiekiem...
mam dom, ogród i psa...
jestem szczęśliwym człowiekiem...
mam auto, posadę i szmal...
jestem szczęśliwym człowiekiem...
mam przyjaciół i pełne szkło...
jestem szczęśliwym człowiekiem...

więc czego do diabła mi brak?

lubię tak bardzo...
gdy mówisz "kocham cie tato"
gdy razem grabimy żółte liście w ogrodzie...
lubię tak bardzo...
gdy rysujesz kredkami nasz dom
gdy strzelamy do celu z kuszy...
lubię tak bardzo...
gdy ze śmiechem uciekasz przed psem,
gdy siedząc na schodach opowiadam ci bajki...
lubię tak bardzo...
gdy budujemy nasze miasta z klocków,
gdy jeździmy zima na nartach...

lubię tak bardzo...
gdy dzielnie tamujesz łzy,
gdy uśmiechasz sie przez sen...
lubię tak bardzo...
te chwile kiedy jesteśmy razem... mój synku...

zmysły szalone...
nie znają zaspokojenia...
zapachy egzotycznych przypraw...
smak cierpkiego wina...
blask ognia i ciemności nocy...
ręce głodne dotyku...
usta tęskniące za pocałunkiem...
dusza łaknąca drugiej duszy...
umysł goniący za nieznanym...
inne sfery niezbadane...
niesprecyzowany niepokój...
zmysły me szalone...
nigdy nie zaznają spokoju...

moje serce jest ogromne...
i puste...
wiatr trzaska w nim drzwiami odstraszając nadzieje....
codziennie chowam w nim część Ciebie,
a potem nie mogę odnaleźć...

lubię patrzeć...
jak czeszesz włosy...
lubię patrzeć...
jak myjesz twarz...
lubię patrzeć...
jak spisz na lewym boku...
lubię patrzeć...
gdy zakładasz nogę na nogę...
lubię patrzeć...
gdy czytasz książkę...
lubię patrzeć...
gdy pieczesz ciasto...
lubię patrzeć...
kiedy mnie nie widzisz...
lubię patrzeć...
w twoje oczy...
lubię patrzeć...
na twe odbicie w lustrze...
lubię patrzeć...

lubię żyć!

dłoń zamknięta w dłoni...
uścisk...
ciepło...
brak słów w zapatrzeniu...
zapamiętanie w tańcu...
uśmiech...
pocałunek...

jak niewiele i jak wiele trzeba do szczęścia...

nie wypatruj mnie dzisiaj...
nie pojawię się więcej...
aż zapomnę twe oczy...
aż zapomnę twe ręce...
idę dzisiaj poszukać...
gdzieś zgubione me myśli...
uspokoić me serce...
i sen co mi się przyśnił...
wiec nie patrz w ma stronę...
i niech ci się zdaje...
ze mnie nigdy nie było...
i nie spotkałaś mnie wcale...

energia...
czuję jaą w sobie...
zbyt wiele jej dla jednego człowieka...
energia...
weź proszę jej cześć...
ile potrzebujesz, ile zechcesz...
energia...
bieg wciąż pod wiatr...
wbrew logice...
energia...
wzlot ku światłu...
w stronę tęczy...
...energia...
...jak opium...

Tyle miejsc wciąż nieodkrytych...
Tyle smaków niepoznanych...
Tyle tabu niezłamanych...
Tyle uczuć niezaznanych...
Tyle pragnień...
Tyle tęsknot...
Tyle szczęścia...
Tyle smutków...
Tyle życia...

... Tyle śmierci...

hazard...
czas stawiany w zastaw...
rosyjska ruletka...
zegar z pustym gniazdem kukułki...
hazard...
życie na sprzedaż...
w tym mrocznym kasynie...

lecz kiedyś...
może dziś, wstanie tęcza...
obudzona blaskiem słońca...
kiedyś może właśnie dziś...
zatrzyma sie czas...
i przyjdzie ona...
ta na którą wciąż czekam...
obudzi mnie pocałunkiem...

może to śmierć...

chcę wiedzieć...
jak wyglądasz gdy śpisz...
jakie masz sny...
jaki kolor mają twoje oczy...
jakimi cieniami je podkreślasz...
jaki smak mają twe usta...
jak drgają gdy płaczesz...
jaki kształt mają twe paznokcie...
jakim lakierem je malujesz...
jakie kolory lubisz...
jakich nienawidzisz...
jak się ubierasz do pracy...
jak na spacer z dzieckiem...
jakich mężczyzn kochasz...
jakich nie możesz znieść...
chce wiedzieć tak wiele...
nie wiem o tobie nic...

Tak


tak...
siadam przy Tobie...
biorę w swoją, twoją dłoń...
zachwycam się twą bliskością...
nie mówię dobranoc...
bo nie chce byś dziś spała...
przecież jutra nie ma...
gładzę Twoje włosy...
wyciągając z nich spinki...
jedna po drugiej...
całuję namiętnie lub nieśmiało tak...
jak zechcesz...
opowiadam historie, lub milczę...
w zapatrzeniu tak...
zaciągam sie twym zapachem...
egzotycznym tak...
zawrót głowy...
a potem brak kontroli...
i zapadam się w tobie...
bez pamięci tak...

tańczyłem z Tobą wczorajszej nocy...

zaczęło sie prozaicznie tak...
nie znałem imienia tej kobiety...
nie chciałem wcale znać...
dotknąłem jej dłoni...
poczułem jej dłoń w swojej dłoni...
uścisk delikatny, trochę zbyt śmiały...
krew dudniąca w uszach...
oddech zbyt bliski tak...
wędrówka moich dłoni...
strach...
pocałunek delikatny w zagłębienie szyi...
reakcja jej ciała...
zdziwienie...
rozmowa bez jednego słowa...
zapach jej, kolor oczu...
zapatrzenie głębokie tak...
wspólny rytm, muzyka naszych pragnień...
spojrzenia obcych ludzi...
zdziwienie śmiałością...
obcość i bliskość...
minuty i godziny...

wieczność i nicość...

 

a dziś już wiem ze to nie Ty...

pytałem czego pragniesz...
spokoju odparłaś mi...
czym jest spokój? brakiem niepokoju?
czym jesteśmy bez naszego niepokoju?
bez tego poszukiwania samych siebie...
bez niespełnienia, niepokornego tak...
szukajmy naszych dróg...
budujmy swoje świątynie...
niech nie wyblakną nigdy barwy naszych tęczy...
niech nie umrą nasze ogrody!

cierpki smak wina...
czerwonego jak krew...
przelana niewinnie...
słodkość winogron...
jak gorąca upojna noc...
kochanka, jej piękne oczy...
zimne jak śmierć...
upojenie i ekstaza...
gdy zapadam sie w mrok...

Nie jestem aktorem,
nie chcę już grać...
w tej sztuce...

Więc proszę
pozwólcie mi wyjść...
po cichu, nie będę przeszkadzać...

Pozwólcie mi proszę,
chociaż to prawda,
już nie wrócę...

Dlaczego mój krzyk
obija się o mury echa?

Nawet ono nie słucha,
i nikt już nie czeka...
A może ja nie istnieję,
a strach jest tylko złudzeniem...
I nie ważne czy wołam,
czy cicho w kącie szlocham...
Może nigdy mnie nie było
i nigdy nie będzie...

za oknem jesień...
smutny, szary świt...
za ścianą kroki...
niepokojący takt...
czyjś krzyk w korytarzu...
echo odbija się od krat...
zapada zmrok...
zapadam się w nim ja...

dotykam cię delikatnie...
czubkiem języka w dół twoich pleców...
pieszczę twój brzuch...
gładząc opuszkami palców...
dotykam zuchwale...
wewnętrznej strony twych ud...
namiętnie kąsam...
sutki twych piersi...
gram na twym ciele...
jak na czułym instrumencie...

by nim wydasz pierwszy jęk rozkoszy...
odejść pozostawiając niedosyt...

Akt


chodź ze mną do teatru...
zobaczmy przedstawienie...
sztukę życia i śmierci godnej...
przetrwajmy wspólnie ten akt...
pierwszy, i ten ostatni...
a podczas przerwy, gdzieś w kuluarach...
oddajmy się bez pamięci namiętności...
potem wróćmy na swe miejsca w innych rzędach...
trochę roztargnieni...
trochę rozczochrani...
podziwiajmy do końca tę sztukę...
a gdy nadejdzie już czas odejdźmy...
każdy w swoja stronę...
by smakować w pamięci te chwile...

pocałunek...
nieśmiałe smagnięcie ust...
pocałunek...
namiętne ciepło warg...
pocałunek...
magia wiecznej chwili...
pocałunek...
zatopienie w nieistnieniu...
pocałunek...
brak kontroli nad ciałem...
pocałunek...
szaleństwo i poezja...
pocałunek...
pożądanie i obietnica...
pocałunek...
rozmowa bez słów...
pocałunek...
śmierć i zmartwychwstanie...

już prawie świt...
na moment oderwany...
od pozornie ważnych spraw...
patrzę w Twoje oczy...
chcąc wyczytać z nich...

co?
no właśnie... co?

chcę poznać Twe myśli...
te szczere i udawane tez...
nauczyć się na pamięć...
wszystkich Twoich imion...
uciec tak daleko...

od czego?
no właśnie od czego?

znów wschodzi nowy dzien...
taki jak wszystkie inne...
poszukam jutro ciebie...
wśród ludzi których mijam...
uśmiechnę sie do ciebie...

lecz czy mnie rozpoznasz?

idę przez park aleją...
me oczy są pełne łez, me serce
przepełnia smutek to pustka bez dna...
nie ma Ciebie przy mnie choć bardzo Cię chcę...
jesteś tak daleko, chociaż obok- wiem...
szukam tych miejsc znajomych, dziś już obcych tak...
pozostały już tylko zgliszcza i trupy zwęglonych drzew...

NOC JUŻ...
PRAWIE RANEK...
DZIECI ŚPIĄ TAK SŁODKO...
PEWNIE ŚNIĄ CUDOWNE SNY...
O ANIOŁACH POD CHOINKA...
W WIGILIJNY WIECZÓR...
USIĄDŹMY PO CICHUTKU...
W KĄCIE KOŁO ŁÓŻKA...
MOŻE ANIOŁY Z ICH SNÓW...
ZECHCĄ I DO NAS PRZYJŚĆ...

JESTEM WCIĄŻ OBOK...
O KROK...
O WIECZNOŚĆ...

STOJĘ ZA ROGIEM TWOJEJ ULICY,
WTULONY W CIENIE ZAUŁKA...
PATRZĘ Z UKRYCIA W TWE OKNO,
UMIERAJĄC, GDY GASISZ ŚWIATŁA...
DOTYKAM MYŚLAMI TWEGO CIAŁA,
GDY MYŚLISZ, ŻE JESTEŚ JUŻ SAMA...
PATRZĘ Z DRUGIEJ STRONY LUSTRA,
UCZĄC SIĘ CIEBIE NA PAMIĘĆ...

JESTEM WCIĄŻ OBOK...
CHOCIAŻ MNIE NIE MA...
I NIGDY NIE BYŁO...

...MYŚL ZBYT NIEPOKORNA, NATRĘTNA,
NIEUCHWYTNA TAK, O TOBIE...
...NIE POZWALA ODDYCHAĆ DAWNYM,
ZNAJOMYM POWIETRZEM...
...SPACER DO NIKĄD, BEZ KIERUNKU
I SZANS NA POWRÓT...
...OCZY TAK BARDZO SZEROKO ZAMKNIĘTE,
USTA PRZYMARZAJĄ DO UST...
...DŁOŃ WPLECIONA W DŁOŃ,
UCIECZKA PRZED RZECZYWISTOŚCIĄ...
...W POGONI ZA PORANKIEM ZGUBIONE
NAJPIĘKNIEJSZE CHWILE NOCY...
...A NAZAJUTRZ CHWILOWY BRAK TREŚCI
WARTEJ BY WYPEŁNIĆ NIĄ DZIEŃ...

NA WYSYPISKU MOJEGO SERCA,

LEŻĄ ŚMIECI NIESPEŁNIONYCH MARZEŃ...

W TYM ZAŚMIECONYM SERCU,

NIE MA JUŻ MIEJSCA DLA NIKOGO...
NA WYSYPISKU MOJEGO SERCA,

NIE DZIWI JUŻ PODŁOŚĆ I ZŁO...
A WŚRÓD ŚMIECI ZAGRZEBANE,

LEŻĄ IDEAŁY I AMBICJE...
NA WYSYPISKU MOJEGO SERCA,

MIESZKA BEZDUSZNE ZWĄTPIENIE...
A MIŁOŚĆ UMIERA...

WŚRÓD ŚMIECHÓW I KLĄTW...
...NA WYSYPISKU...
Obsługiwane przez usługę Blogger.